Było sobie życie…

      Sporo ostatnio dookoła radości i celebracji życia w najczystszej formie. Żonkile, które zakwitły tamtego poranka po pierwszym, ciepłym wiosennym deszczu. Dwudniowe, huczne obchody urodzin najlepszego przyjaciela, z ludźmi, których dobra energia otula jak cukrowa wata. Oczekiwanie na małego Miguela, coraz bardziej wiercącego się w brzuchu koleżanki bliskiej jak siostra.
Nowe życie i narodziny potomka w każdej kulturze są wydarzeniem niezwykłym, w bardzo różny jednak sposób celebrowanym. Idea babyshower, w Europie niestety praktykowana rzadko lub wcale, pojawiła się w USA chwilę po II wojnie światowej wraz z falą baby boom lat 50. i 60. Towarzyskie spotkanie samych kobiet przed narodzinami pierwszego dziecka i przynoszenie nowej mamie prezentów stanowiących dziecięcą wyprawkę zdaje się mieć głębszy sens niż tradycyjna polska pępkówka, kiedy to szczęśliwy ojciec zalewa z radości pałę ze swoimi kamratami w osiedlowej knajpie. Tradycjonalista robi to najchętniej w pierwszy wieczór po przyjściu dziecka na świat, kiedy to obolała matka wciąż ledwie kojarzy fakty i z trudem ogrania nową rzeczywistość. Podobnie świętuje tata Brytyjczyk i tata Australijczyk. Takie obchody nowego życia są jednak wciąż bardzo cywilizowane, bo na przykład na Madagaskarze, nowonarodzony chłopiec poddawany jest obrzezaniu, a wykonujący zabieg mędrzec zjada odcięty napletek w bananie. W naszej kulturze nie przywiązujemy też zbyt dużej wagi do płci nowonarodzonego dziecka (co nie znaczy, że nie zaczniemy, bo ponoć mamy już sześć do wyboru), w przeciwieństwie do kultury hinduskiej i świata islamu. W Indiach do dziś w hPeru_Amazonia_Yagua1ierarchii systemu kastowego kobieta stoi tak nisko, że można ją spalić żywcem, jeśli nie uLaos_mekongrodzi mężowi syna (co wciąż zdarza się w małych, zapomnianych wioskach, pomimo tego, że prawnie jest zabronione).
W tradycjach Pakistanu siódmego dnia po narodzinach dziecka goli się jego główkę, włosy waży, a ekwiwalent wagi w złocie lub srebrze przekazuje na działalność charytatywną. Indianie Navajo nie obcinają dzieciom włosów dopóki nie zaczną mówić. Chińczycy wierzą, że pierwszy miesiąc życia dziecka jest najbardziej niebezpieczny, a madagaskar_laughtermatki najcMadagascar1zęściej spędzają ten czas z noworodkami nie wychodMadagascarząc z domu i dochodząc do zdrowia. Po upływie czterech tygodni celebrują przetrwanie jedząc duże ilości symbolizujących życie jajek pofarbowanych na czerwono. Niezwykłą moc w wielu kulturach ma łożysko. Mitmongolia 2013 (20a)ologia Północnej Sumatry opowiada o jednej z siedmiu dusz przeznaczonych dziecku, które w nFilipiny2014_Mangyanim drzemią. Węgierskie kobiety, przez wiele lat, jeśli nie chciały więcej dzieci, paliły łożysko, a popiół dosypywały mężom do drinka, w Japonii wierzono natomiast, że zjedzenie łożyska przez kobietę zapewni jej lepszą płodność. Proces palenia był rytuałem w wielu kulturach – przez łożysko do domu i wioski dostawać się miały złe duchy, szybkie jego unicestwienie miało temu zapobiec. W kulturach rdzennych – na Hawajach, wśród Maorysów i ludu Navajo proces kremacji naturalnie przywiązywał do rodzinnej ziemi, tradycji i rodowego dziedzictwa. Austriacy i niektórzy Włosi wierzyli w uzdrawiające moce – łożysko miało usuwać znamiona, a nawet wyleczyć z epilepsji. Najmniej przyswajalne są dla nas afrykańskie tradycje związane z pojawieniem się nowego życia. Zamieszkujący Kenię lud Samburu praktykuje całkowitą rozłąkę małżonków na czas ciąży i potem przez trzy do czterech pierwszych lat życia dziecka. Sam fakt wydania na świat potomka powoduje, że matka staje się  boofeydo – kimś kto zrobił błąd, mąż nie może więc się z nią widywać ani rozmawiać dopóki dziecko nie podrośnie i nie oczyści się powietrze dookoła. U ludu Luo, zamieszkującego tereny wokół jeziora Wiktorii (Kenia, Uganda, Tanzania) narodziny bliźniąt przynoszą nieszczęście. Odprawia się tu obrzędy odczyniania fatum nazywane malongo, które polegają na powtarzaniu zaklęć i uderzaniu patykiem matki i dzieci.
Kiedy byłam mała moim największym marzeniem było szybko stać się Dorosłym. Dziś, jako Dorosły żałuję, że nie jestem już dzieckiem. Brakuje mi popołudni przeskakanych w gumę na alejce przed blokiem, dziewczyńskich kłótni o miejsce na trzepaku, szalonej jazdy rowerem i tych wszystkich wakacji, kiedy z buziami usmarowanymi sokiem z borówek, z leszczynowymi łukami biegaliśmy całą bandą po lesie bawiąc się w Indian. Wychowałam się po części w betonowej dżungli typowego polskiego osiedla, po części w górach Beskidu Sądeckiego, w chatce bez prądu, gazu i bieżącej wody, gdzie Tato przy świecach czytał nam na dobranoc legendy śląskich górników, a większość dni upływała na pasieniu krów z wiejskimi dziećmi, zbieraniu grzybów i ziół. Kiedy byłam dzieckiem nie interesowało mnie to, co dzieje się gdzieś indziej. Świat zamykał się gdzieś między objęciami Mamy, linią Radziejowej, zapachem macierzanki, i długimi falami programu pierwszego Polskiego Radia, które wieczorami nadawało słuchowiska dla dzieci (i było jedyną stacją, którą wtedy w naszych górach odbierało radio Major na płaskie baterie). Zauważyłam, że tak właśnie jest z dziećmi na całej Ziemi – niezależnie od tego gdzie żyją, jaki mają kolor skóry i w jakim języku się porozumiewają – ich światy zamykają się w rzeczach prostych, codziennych i przynoszących małe radości. Kiedy brzuszek jest pełny, w ciągu dnia jest się z kim bawić, a wieczorami mama nuci do snu kołysankę – wszystko jest na swoim miejscu. Często, podróżując do krajów biednych i słabo rozwiniętych, musiałam borykać się z żalem i współczuciem, jakie budził we mnie widok małych obszargańców, których jedyną zabawką jest patyk i stara dętka od roweru. Nie jestem jednak wcale pewna, czy taki dzieciak, żyjący w w małej laotańskiej wiosce na brzegach Mekongu, albo w głuszy amazońskiego lasu deszczowego byłby szczęśliwszy w sterylnym świecie japońskiego rówieśnika. Lepiej mieć oswojoną, wytresowaną małpkę, która przesiaduje na ramieniu i podkrada ciastka, które przywieźli ze sobą grubi, amerykańscy turyści, czy najnowocześniejszą wersję iPada z grami video i szybkim internetem? Takie pytanie zadają sobie Dorośli. Dzieci cieszą się tym co mają, bo nie znając innej rzeczywistości, nie mają porównania. Na każdej szerokości geograficznej tak samo się uśmiechają, są równie ciekawe, dociekliwe i odkrywcze. I żadne z nich nie zdaje sobie sprawy, że bycie Dorosłym wcale nie jest zabawne.

Kaja Cyganik

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.