Bolesne przebudzenie

Wojciech M. WojnarowiczOd czasu ogłoszonego przez Francisa Fukuyamę „końca historii”, mającego oznaczać w praktyce międzynarodowej wygaśnięcie wielkich konfliktów ideologicznych oraz triumf liberalnej demokracji Made in USA, przyzwyczailiśmy się do tlących się tu i ówdzie wojen peryferyjnych, dalekich konfliktów, toczonych w rozmaitych celach i interesach, oczywiście zawsze pod sztandarami obrony wartości. Byle daleko od domu. Taki mamy globalny klimat!
Wojna na wschodzie Ukrainy zmusza dziś nie tylko samą elitę władzy Polski, ale szersze kręgi społeczeństwa, od medialnych guru, przez biznes po samorządowców, do rewizji założeń, na których opierano do tej pory przekonanie o absolutnym bezpieczeństwie państwa. Do tej pory na wszelkie troski padało uspokajające – jesteśmy w NATO!
Do początków roku 2014 – nie wiadomo w sumie dlaczego – panowało powszechne przekonanie, iż w ogóle wojna, ta klasyczna wojna, z użyciem regularnych sił zbrojnych, lotnictwa, czołgów i artylerii, w Europie nie będzie już miała nigdy miejsca. Kto miałby z kim walczyć? I o co? Osiągnęliśmy wszak stan idealnej równowagi, rozwiązaliśmy demokratycznym dialogiem wszelkie spory, zaleczyliśmy rany egoizmów narodowych.
Ktokolwiek w takim klimacie wspominałby o problemie przygotowania kraju – jego instytucji centralnych i lokalnych, infrastruktury, gospodarki, sił zbrojnych oraz szerokiego społeczeństwa – na okoliczność regularnego konfliktu zbrojnego, uznany byłby został za szkodliwego wariata, którego należy izolować. Przyszedł czas odcinania kuponów od pokojowej koegzystencji.
Ideologicznym parawanem lansowanego modelu ewolucyjnej redukcji armii stało się hasło „Leaner but Meaner”. O ile mogło ono mieć odbicie w rzeczywistości krajów Zachodu, które nagle zostały oddzielone od „sowieckiej ugrozy” buforem nowych sojuszników, o tyle dla słabych gospodarek post komunistycznych i ich rozbudowanych do absurdalnych rozmiarów sił zbrojnych, tylko owo ‚leaner’ nabrało konkretnego wymiaru. Budżety obronne malały, a wraz z nimi zanikały struktury obronne niezbędne dla zdolności obrony własnego terytorium. Szła z tym postępująca degradacja technologiczna nigdy nie imponującego zresztą swym zaawansowaniem, sprzętu sowieckiej proweniencji.
-W konsekwencji kresu Zimnej Wojny diametralnie zmieniła się sama koncepcja sił zbrojnych. Zamiast wojsk zdolnych do długotrwałej obrony terytorialnej, my, jak i nasi sąsiedzi, budowaliśmy siły ekspedycyjne, odpowiednio wyszkolone i wyposażone, aby je móc szybko przerzucać w odległe rejony zapalne. Zlikwidowano powszechny pobór, udając jednocześnie iż rzeczywiście tworzymy armię zawodową. Kolejne generacje młodych ludzi rosły wolne od podstawowego szkolenia, a liczne szeregi rezerwistów starzały się, podobnie jak sprzęt, na którym ich szkolono.
Zachód, przyjmując z zadowoleniem i satysfakcją wymuszoną przez Amerykę Reagana rezygnację Sowietów z konfrontacji zbrojnej, przystał na polubowne załatwienie kwestii „masy upadłościowej” po „Warszawskim Dogoworze” w Europie Wschodniej. Ale na żadne poważniejsze zmiany geopolityczne – zwłaszcza rozpad ZSSR czy Jugosławii – ani Amerykanie ani Europejczycy ochoty nie mieli. Co innego bowiem utrudniać życie adwersarzowi poprzez wspieranie jakichś ruchów opozycyjnych, a co innego ryzykować kompletną implozję mocarstwa skutkującą nieznanymi i nikomu nie potrzebnymi wyzwaniami, ziejącymi z takiej „czarnej dziury” uwolnionych nacjonalizmów i nieodłącznych resentymentów. Przeciwnicy rozszerzenia NATO wciąż szermowali argumentem otwarcia puszki Pandory: sporów węgiersko-słowacko-rumuńskich, bułgarsko-grecko-macedońskich, polsko-ukraińskich itp, itd. Prezydent USA, George H. Bush szczerze i stanowczo w owych czasach odradzał Ukraińcom oraz narodom Jugosławii szukanie szczęścia w niepodległych bytach.
Wojny bałkańskie oraz krwawe lokalne konflikty na Kaukazie z lat 90-tych zdawały się potwierdzać obawy zachodnich analityków, którzy z nieukrywanym żalem patrzyli zarówno na upadek Jugosławii jak ZSSR. Na tym obrazie nikomu nie potrzebnych i kompletnie nieczytelnych dla Zachodu lokalnych waśni, jaśniał tylko jeden przykład – odłączona od Rosji, wielka Ukraina. Wbrew obawom – to był sukces!
Nowe mocarstwo kontynentu dysponowało na starcie siłą 6 500 czołgów, 1500 samolotów, a ponad wszystko, pokaźnym arsenałem broni nuklearnej oraz środkami jej przenoszenia. Pokojowo nastawiony Kijów uległ jednak pokojowej perswazji Waszyngtonu. W zamian za gwarancje integralności, Ukraińcy zdali swoje bomby i rakiety, zasypali silosy, uziemili awiację dalekiego zasięgu i także zaczęli cieszyć się pokojowym budżetem. W dwie dekady z 900 tysięcznej armii pozostało 45 tysięcy rekrutów oraz kadra mało zainteresowana losem państwa. Okręty w bazach na Krymie powoli rdzewiały, lepszy sprzęt rozprzedano pokątnie, pobór zniesiono. Natomiast elita polityczna utwierdzała obywateli w błogim przeświadczeniu, iż nic im nie grozi. – „Kto nam zagraża! – pytała wyzywa- jąco Julia Tymoszenko, już po rosyjskiej inwazji Gruzji. Ostrzeżenia Lecha Kaczyńskiego, wieszczącego kolejność sowieckiej reconquisty przyjmowano z grzecznościowym uśmiechem. Przeciętny Ukrainiec do Rosjan o nic pretensji nie miał, a jedynie szukał okazji, by z własnej nędzy wyrwać się wyjazdem do roboty w Rosji. Wschód kraju zresztą nadal mówił po rosyjsku, choć Donieck tak samo jak Kijów, cieszył się ze sportowych sukcesów pod ‚sino-żiełtym’ sztandarem.
I mogłaby sobie ta pokojowa egzystencja, oczywiście na bazie praktycznej atrofii państwa ukraińskiego i jego armii, pod rządami skorumpowanych oligarchów, gdyby nie ambitny plan wciągnięcia Ukrainy, na złość Rosji, w strukturalne ramy Unii Europejskiej. (cdn.)

WMW

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.