Baile Átha Cliath (episode 2)

    Niebo przechodzi przez wszystkie możliwe odcienie i tonacje szarości. Powietrze nasycone morską solą przepływa przez nozdrza, wiatr szarpie włosy i zrywa mi z głowy kaptur. Stoję nieruchomo i patrzę na spienione, dzikie fale, z hukiem roztrzaskujące się o czarne, powulkaniczne, poszarpane skały klifu.

photo 1W zasięgu wzroku nie widać żywej duszy – za zimno na rodzinne wędrówki. Malin Head /Cionn Mhálanna/ to najdalej na północ wysunięty skrawek Irlandii. Przewodniki twierdzą, że nie ma tu nic ciekawego, poza potęgą morza i betonowymi bunkrami będącymi pozostałością II wojny światowej, tak jakby w takim miejscu należało spodziewać się przynajmniej celtyckiego cmentarza, albo ruin średniowiecznego zamczyska. Bruno mówi, że fajne to morze – siedzi w nosidle u Wojtka na plecach i rozgląda się po okolicy. Maleńki Norbert śpi w chuście u Aśki na piersiach. photoWędrujemy niecały kilometr do miejsca nazywanego piekielną dziurą /Hells Hole/, robimy kilka zdjęć i wracamy do samochodu /hamohutu, jak mawia Bruno/ zanim wietrzysko wywieje nam z głów resztki zdrowego rozsądku. Północne krańce różnych światów mają w sobie niebezpiecznie dużo magii, tu czuje się wzraźnie niezwykłą, pierwotną, nieujarzmioną siłę Natury, tu ocean woła, fale hipnotyzują, próbują wciągnąć w ostatni, dziki taniec. Mogłabym stać tak godzinami i wpatrywać się w wodę. Pierwszy raz doświadczyłam takiego uczucia w trzeciej klasie liceum, kiedy podczas miesięcznej, skandynawskiej wyprawy przez Szwecję, Finlandię i Norwegię, którą prowadził nieodżałowany śp. profesor Marek Eminowicz, dotarliśmy w końcu na Nordkapp, błędnie niestety uznawany za najbardziej na północ wysunięty skrawek Europy. /W rzeczywistości jest to inny przylądek o wdzięcznie brzmiącej nazwie Knivskjellodden, znajdujący się na tej samej wyspie Magerøya, ok. 4 kilometry dalej na północny zachód/. Była druga połowa czerwca, białe noce, słońce, które nigdy nie zasypiało i stada reniferów, które ochoczo wyjadały naszą jajecznicę prosto z patelni. Północ zawsze wydawała mi się bardziej romantyczna, a romantyzm i nostalgia przeważa w irlandzkich krajobrazach. Mieszkając tu prawie rok zdążyłam zobaczyć znaczną większość miejsc godnych zobaczenia – półwysep Howth, góry Wicklow, Galway i słynne Klify Moherowe, część malowniczej drogi zachodniego wzbrzeża Ring of Kerry wraz z najwyższym szczytem wyspy Carrauntoohill /zdobyty/, jedne z wyższych klifów w Europie Slieve League w hrabstwie Donegal, Belfast i Londonderry w Irlandii Północnej, o którym poza terytorium Ulsteru bezpieczniej powiedzieć Derry. Wracam w to ostatnie miejsce, do miasta o wstrząsającej, współczesnej historii. Konflikt między katolikami i protestantami pamiętam całkiem dobrze z dzieciństwa. Derry w latach 60. było centralnym miejscem narodzin praw obywatelskich w Północnej Irlandii, której rząd dyskryminował katolików tak w aspekcie politycznym, jak i ekonomicznym. Bogside, dzielnica, w której odbywały się strajki i demonstracje, dziś stanowi świadectwo konfliktu i poniesionych ofiar.  Najbardziej historyczną datą tamtych czasów jest 30 stycznia 1972, dzień nazywany Krwawą Niedzielą /Bloody Sunday/, kiedy trzynastu nieuzbrojonych cywili poległo rozstrzelanych przez brytyjską policję podczas marszu wspierającego prawa obywatelskie.

 

photo 1-1photo 3-1photo 2-1photo 4Łazimy w szarym deszczu photo 5po Bogside i oglądamy polityczne murale namalowane na ścianach kolejnych, w równym rzędzie poustawianych bloków. Walki i spory zakończyły się tu dopiero z początkiem lat 90. i chyba właśnie świadomość ich współczesności robi największe wrażenie. Z murów obronnych Derry rozciąga się szeroka panorama na całą okolicę. Poza miastem króluje wieczna zieleń pastwisk, na których cały boży rok pasą się kudłate owce i szczęśliwe mućki. Kamienne, niewysokie murki oddzielają farmy i pola, wrzos zaczyna kwitnąć z końcem sierpnia, tworząc pejzaże żywcem wyjęte z “Przeminęło z wiatrem”. Nie ma lepszego masła niż irlandzkie. I nigdzie Guinness nie smakuje tak, jak tutaj.
Dni upływają nam leniwie gdzieś pomiędzy budowaniem miast z klocków Duplo, rozmowami o dawnych czasach, spacerami aleją ambasad do Donybrook, a wspólnym gotowaniem, łącznie z sesją zwijania sushi. Spotykam ludzi, których nie widziałam od sześciu lat, dzielimy opowieści przy kawie, piwie i Jamesonie, wspominamy przy kolejnych barach i nie możemy się nadziwić, że minęło tak wiele czasu. Bo przecież nic się tak naprawdę nie zmieniło, choć zmieniło się wszystko, bo przecież te rozmowy przychodzą nam naturalnie, bez trudu, tak jakbyśmy widzieli się tydzień temu. A jednak wszyscy jesteśmy o te sześć lat starsi i teoretycznie mądrzejsi, na pewno bardziej świadomi i doświadczeni.
Polaków-rodaków w Dublinie wciąż jak mrówek i w centrum, przy O Connell Street czy na Grafton, bezpieczniej czasami rozmawiać po angielsku. Weekendowe, zakrapiane nazbyt suto wieczory lepiej przemilczeć, nie ma się czym chwalić, bo bydło, krzyki i mięsem rzucanie, z drugiej strony może i dobrze, że nasi dogadują się świetnie z miejscowymi przy photo 2żartach i kieliszku, bo niechęci do Polaków praktycznie nie widać, co innego Wielka Brytania, tam wielkiej photo 3miłości braterskiej ewidentnie brakuje. Między Polonią wyspiarską a tą północnoamerykańską istnieje przepaść Atlantyku – pokoleniowa i kulturowa. Wyspiarscy Polacy wracają na stałe do swojego kraju częściej, traktują Irlandię jako stację przesiadkową, choć jakaś część zapuszcza korzenie w żyzną, wiecznie zieloną glebę. Na pożegnanie dostaję od Bruna książkę kucharską z przepisami kuchnii irlandzkiej. Wracam więc do domu z nową porcją kulinarnych pomysłów, ośmiopakiem Guinnessa, paczką irlandzkich serów, a także nową wiedzą w temacie kreskówki “Cars” i jej głównego bohatera Lightning McQueena i masą nowych wspomnień. I na pewno jeszcze kiedyś tu wrócę.

Kaja Cyganik

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.