Baile Átha Cliath (episode 1)

  Przyjechałam z jedną walizką, kumplem i głową pełną marzeń 20 października 2007. Datę pamiętam tak dokładnie, bo dzień później w Polsce odbywały się wybory parlamentarne, w których nie wzięliśmy już udziału.
Sama idea wyjazdu powstała w jakieś sierpniowe, nadwiślańskie popołudnie, gdy pijąc wino w wysokich, żółknących trawach, doszliśmy do wniosku, że dotychczasowe życie niebezpiecznie zaczęło się w nas wypalać. Maniek pracował jako asystent na Politechnice, ja w krakowskim oddziale tvn jako wydawca w kanale rozrywkowym. To była prosta, oczywista i naturalna decyzja. Złożyliśmy wymówienia, a miesiąc później spakowaliśmy walizki, kupiliśmy bilety w jedną stronę i zupełnie w ciemno polecieliśmy do Irlandii. Dopiero z perspektywy czasu widzę, jak duży był to krok. Żadne z nas nie planowało przecież emigrować, ciążyła nam po prostu rutyna, potrzebowaliśmy zmiany, marzyła  się nam podróż w Wielki Świat. Plan był prosty – wyjechać, popracować, odłożyć trochę kasy, pozwiedzać, wrócić, osiąść i zacząć dorosłe życie. Do pewnego momentu wszystko było tak, jak planowaliśmy. Plany jednak mają tę dziwną, powtarzającą się w nieskończoność cechę – lubią się nieoczekiwanie zmieniać, przekształcać i ewoluować. Nasze drogi dosyć szybko się rozbiegły w dwóch odmiennych kierunkach. Żadne z nas nie wróciło. Żadne z nas nie osiadło. Żadne z nas nie zaczęło dorosłego życia.
Przez pierwsze miesiące pisywDublinMontageałam listy do znajomych w Polsce. Długie, wyczerpujące, pełne opisów i zdziwienia e-maile: „Mija tak jakby pierwszy nasz tydzień na Zielonej Wyspie, która z dnia na dzień robi się coraz bardziej ruda, i na razie wszystko jest pięknie. Mieszkanie znaleźliśmy pierwszego dnia, czyli w zeszłą sobotę, via Internet z kosmosu, złapany na samym środku O’Connell St., głównej ulicy Dublina. Już pierwszego dnia wydarzyło się bardzo dużo, no ale w końcu przecież chcieliśmy mocnych wrażeń. Na wyżej wymienionej ulicy minęłam się ramię w ramię z Andrzejem Chyrą, zaczepiał nas pijany, irlandzki szczyl i byłam bliska dać mu w zęby, Luas (taki tramwaj co tu jeździ) został zatrzymany na 20 min przez jakiś mocno podchmielonych jegomości, którzy świętowali Mistrzostwa Świata w Rugby (do dziś nie wiem kto wygrał), a tu są takie dziwne zwyczaje, że policja (garda) nie nosi broni, wszyscy są love&peace i kwestie sporne załatwia się grzecznie-polubownie. Z innych dziwacznych zjawisk – pieniądze leżą na ulicach (nie jakieś kosmicznie wielkie, ale jak się pozbiera to się uzbiera), wszyscy śmiecą na potęgę (ponoć Dublin wygrał ostatnio w rankingu na najbrudniejsze miasto Europy), są dwa kurki – osobno wrzątek, osobno lodówa – korzystanie z umywalki jest niemożliwe w związku z tym, oczywiście „nasi” są wszędzie, ruch lewostronny mnie dobija – nie mam pojęcia co jest w którą stronę, z której co przyjedzie, poza tym mają jakieś inne gniazdka i musieliśmy kupić przełączki, jest o godzinę wcześniej niż w Polsce, przez co jasno robi się lekko po 7 rano”.  Pracę znaleźliśmy wtedy też w miarę szybko, jako ISS facility service cleaning staff w prywatnym szpitalu Bon Secure, ale rozglądaliśmy się za czymś konkretniejszym jednocześnie. Nie padał deszcz, przez kilka pierwszych tygodni, Guiness był zimny i dobry, a nasze marzenia i plany ocierały się o Buenos Aires, Nową Zelandię i knajpę nad oceanem w Kerry po drugiej stronie wyspy. Przez jakiś czas utrzymywałam gęstą i częstą wymianę myśli z całym stadem znajomych, którzy zostali w kraju nad Wisłą. Zatrważająca ich większość wykruszyła się na przestrzeni lat, kilkoro od czasu do czasu jeszcze kliknie lajka na Facebook pod jakimś zdjęciem, z trzema do dziś żyję w bliskich, rodzinnych niemal relacjach.
Kiedy minął miesiąc od pierwszego listu, sporo się pozmieniało – „Od tygodnia pracuję w Aberdeen Lodge Hotel, nazwanym przez Mańka całkiem trafnie, Pensjonatem Pod Różą. Miejsce bardzo klimatyczne: przytulne wnętrza, ciepłe światło lamp, reprodukcje najlepszDublin.lewadublin:prawaych na ścianach, uroczy drawing room z biblioteczką książek o Irlandii – wszystko w zapachu świeżych lilii i frezji. Staff środkowo-wschodnio-europejski – kucharz Rosjanin, dwie Słowaczki, Węgierka, baby-sitter z Austrii, jeden Francuz od rezerwacji, no i oczywiście całkiem irlandzkie biuro. To wyjaśniło mi trochę  moje znalezienie się w tym miejscu, poza tym w drugim hotelu tego samego właściciela pracują dwie Polki – widać ludzie z naszej strony Europy są w cenie. Sam właściciel Pat i jego kobieta Ann mieszkają w drugiej części Aberdeen z pięciomiesięczną córeczką Simon i kotką Paws, która ma najbardziej zielone oczy, jakie kiedykolwiek widziałam u kota i głównie spędza czas wygrzewając się na zmywarce do naczyń. Nasza praca polega na szeroko pojętym housekeeping’u – od ścielenia łóżek (w określony sposób), sprzątania pokoi, prania, prasowania pościeli w takim dużym, fajnym maglu (no, babą z magla zostałam), odkurzanie po przyrządzanie i podawanie śniadania gościom i wszystkie inne prace związane z prowadzeniem hotelu. Mam 8h dziennie i nie ma obijania, bo nie ma na to czasu, dziewiąta godzina, niepłatna to przerwa – pół na śniadanie i pół na lunch, które jemy razem w kuchni przy wielkim stole i jest to bardzo miły moment dnia, bo Pat często je z nami, żartuje z kamiennym wyrazem twarzy, Simon się śmieje do kota, Bart (kucharz) nawija bez przerwy ze swoim cudnym rosyjskim akcentem, a Mike (z biura) opowiada jakieś dziwne historie. Podsumowując po miesiącu na emigracji: wstaję bladym świtem, jem śniadaniee, sprzątam i chodzą spać koło 23. No – ja też się nie poznaję. Dziś mam pierwszy wolny dzień od miesiąca, wstałam po 10, wylegiwałam się w wannie z Dziennikiem Bridget Jones, a za chwilę jadę do centrum powłóczyć się po sklepach. Niesamowite jak się docenia taki dzień, jak w końcu przyjdzie. Jutro też mam wolne”. Pracowałam w Aberdeen Lodge Hotel przez dziesięć miesięcy. Wyjechałam do Kanady odwiedzić przyjaciółkę na dwa, może trzy miesiące. Była wczesna jesień 2008 roku.
Jest siódma rano, 18 stycznia 2015, gdy samolot United Airlines ląduje na dublińskim lotnisku. Wracam na Wyspę po sześciu latach. Jedziemy z Wojtkiem przez spowite nocą, niemiłosiernie zakorkowane miasto. Minus dwa na termometrze, szron na szybach, rowerzyści w krótkich spodenkach, lepki, wilgotny chłód poranka. Słońce wstaje mozolnie, leniwie, powoli rozświetla wody rzeki Liffey. Mijamy portowe doki i trudno mi uwierzyć, że to wciąż to samo miasto – powstało tu nowoczesne Międzynarodowe Centrum Finansowe w stylistyce stal i szkło, piękny most Samuela Becketta, teatr, centrum konferencyjne i nowa linia Luasa.  Po południu z Aśką i małym Brunem oglądamy miasto z dachu najwyższego budynku w mieście – niepozornego, szesnastopiętrowego Liberty Hall, gdzie mieści się siedziba największych irlandzkich związków zawodowych. Z Aśką i Wojtkiem znam się z Toronto, z Brunem z Warszawy, z a pięciomiesięcznym Norbertem od kilku godzin. Mamy dla siebie cały tydzień. My i Wyspa. Po południu, wracając z Dublin:Timcentrum, pukam w szybę przy tylnym wejściu „dla służby” w Aberdeen Lodge. Pat nie do końca wie kim jestem, Ann poznaje mnie od razu. Simone ma siedem lat, chodzi do szkoły, pojawił się też Blake, półtoraroczny bobas będący kopią siostry z czasów, z których ją zapamiętałam. Właśnie wrócili z nart z Rumunii. Ze starej ekipy nie został już prawie nikt – dziewczyny wróciły do siebie, powychodziły za mąż, mają dzieci, wysyłają kartki na święta,  Ben z biura zmarł nagle kilka tygodni temu, jedynie kotka Paws o wściekle zielonych oczach nadal wygrzewa się na zmywarce.
Z perspektywy kanadyjskich przestrzeni, boliwijskiego Altiplano i rosyjskich bezkresów otoczenie wydaje się niewspółmiernie małe, bajkowe, narysowane pastelową kredką. Wróciłam. W międzyczasie dotarł tu także Tim Horton’s.  ☺

Kaja Cyganik

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.