Wybuchowy owoc

Kiedy jesienne słoty zmyją uroki lata, a mrok za oknem zapada zbyt wcześnie, z utęsknieniem wypatruję ich na sklepowych półkach. Pierwsze, nieduże i żółtawe, są jak blady uśmiech jesieni. Te następne – rubensowsko krągłe, rumiane i lśniące blaskiem słońca niosą zapowiedź niezwykłej podróży.
Pomum granatus – po łacinie znaczy nasienne jabłko, a właściwie nasienny owoc. Dla starożytnych jabłko było królem owoców i królewskim atrybutem. Podobieństwo z granatami, czyli bronią, jest mylące. Te militarne rozpadają się na setki śmiercionośnych odłamków, owocowe zaś kryją kilkaset nasion otoczonych soczystym miąższem. Pierwsze są symbolem śmierci, drugie życia i płodności. W spotkaniach z owocem granatu takie paradoksy i nieoczekiwane zwroty akcji napotyka się co krok.
granatPierwsze w moim życiu nieśmiało wychyliły się z walizki ojca wracającego z dalekiej podróży. Jak zwykle w takiej sytuacji czekałam na prezenty – kawałeczki świata, który mogłam sobie tylko wyobrazić, panaceum na tęsknotę i oczekiwanie. Dwie czerwonozłote kule miały być granatami? Te znane z wojennych filmów zmieniały losy świata, powodowały fajerwerki, owoce były zaś gładkie, lśniące i… milczące. Choć egzotyczne i niezwykłe, to jednak dalekie od dziecięcych oczekiwań. Pierwsza lekcja pokory nastąpiła wówczas, gdy trzeba było się zabrać do ich „rozbrajania”. Twarda skóra zazdrośnie strzegła wnętrza – nie obyło się bez noża. Brutalnie rozkrojony granat krwawi czerwonym sokiem, zostawiając nieustępliwe plamy. Traci swoją grację. Chirurgicznym cięciem należy więc rozciąć skórę tuż przy „koronie” będącej wspomnieniem kwiatu. Delikatnie odłupać kawałki skóry, tak by osobno wyjąć każde z ponad pół tysiąca ziarenek. Dzieli je delikatna błonka. Sprężystymi szypułkami są przyrośnięte do nasiennych gniazd. „Rozbrajanie” granatu – owocu innego od pozostałych – było nie lada wyzwaniem. Czerwony sok ściekał po palcach, zaś delikatne osłonki pękały pod ich naciskiem. Trzeba było kolejnych owoców i czasu, by nauczyć się bez strat wyjmować smakowite kuleczki. Rozgniecione na języku tryskały słodko-kwaśnym sokiem. Jego smak przez tysiąclecia starali się opisać poeci. Jak miłość i cierpienie uparcie wymyka się słowom.
Owoce miłości
Pierwsze informacje o boskich owocach pojawiły ponad trzy tysiące lat temu. Zapisali je na glinianych tabliczkach Sumerowie. Drzewo rodzące granaty – cierniste, o ciemnozielonych, błyszczących liściach – botanicy nazwali punica granatum. Wiosną białe, różowe i pąsowe kwiaty granatowca rozkwitają w Syrii, Grecji, Hiszpanii, na Półwyspie Apenińskim i w północnej Afryce – wszędzie tam, gdzie docierali Fenicjanie. Ojczyzną granatowców jest najprawdopodobniej azjatyckie wybrzeże Morza Śródziemnego. Stamtąd wraz z wyznawcami Baala na kupieckich łodziach i wojennych statkach sadzonki granatów płynęły z Persji i Mezopotamii, by zapuścić korzenie w nowej ziemi. Wystarczało słońce i odrobina deszczu, żeby zakwitły i wydały owoce. Nie wymagały starań i zabiegów pielęgnacyjnych. Ich odporność i płodność wprawiała ludzi w zdumienie. Uwodził słodko-kwaśny smak, soczysty miąższ gasił pragnienie. Bez względu na tradycje i wierzenia wszędzie, gdzie się pojawiły, otaczane były czcią. Starożytni Egipcjanie malowali je na ścianach grobowców, wkładali do sarkofagów zmarłych jako symbol wiecznego, odradzającego się życia. Służyły nie tylko umarłym, lecz także żywym. Królowa Kleopatra ponoć nie mogła się bez nich obejść. W soczystych owocach kryła się tajemnica jej niezwykłej urody, która zawojowała serce Cezara. Sam cesarz podawane podczas uczt owoce nie tylko z zapałem pochłaniał, ale odnosił się do nich z nabożną czcią. Były bowiem atrybutami potężnych bogiń Demeter, Persefony, Hery i Afrodyty. Kwiaty granatu uważano za symbol miłości. Ponoć to Afrodyta zasadziła pierwsze drzewka na Cyprze – wyspie, którą szczególnie umiłowała. Ona też wręczyła jabłko granatu Parysowi. Do dziś greckim nowożeńcom życzy się szczęścia i dobrobytu, rzucając na podłogę granat. Jego pestki muszą rozdeptać bosymi stopami – na szczęście.
Prawda i mity
Granaty czcili również Hebrajczycy. Owoce nazwali rimonim, tak samo jak zwieńczenia drzewców, na które nawinięte są zwoje Tory. Zdobią je bowiem… jabłka granatów. Przedstawia je haft szaty najwyższego kapłana, kiedyś widniały na ścianach Świątyni Jerozo- limskiej. Uwiecznione zostały w Pięcioksięgu Mojżesza jako symbol Ziemi Obiecanej. Przynieśli je ze sobą zwiadowcy wysłani przez proroka do Kanaan. Były zwiastunem płodności i dostatku. Wiele wieków później naukowcy potwierdzili mityczną magię owoców granatu. W soku odkryli alkaloid, zwany piperydyną, mający właściwości afrodyzjaku, a także fitoestrogeny – substancje roślinne działające podobnie do ludzkich hormonów. Zmniejszają ryzyko osteoporozy, miażdżycy, raka piersi, a także powiększenia prostaty. Dalsze badania wykazały, że granaty zawierają taninę, żelazo, wapń, kwas foliowy, potas, wi- taminę C i siarkę. „Nihil novi sub sole” – jak mawiali Rzymianie, wszak już Hipokrates sławił lecznicze właściwości granatów. Sok zalecał na dolegliwości żołądkowe, a sproszkowaną skórkę do leczenia ran i jako lek na dezynterię. Dziś farmaceuci sporządzają z granatów środki antywirusowe, które dodają do leków na nadciśnienie, astmę, anginę, przeciwgorączkowych. Skórka granatów działa zabójczo na pasożyty przewodu pokarmowego, głównie tasiemce. Granaty zawierają przeciwutleniacze, dlatego wykorzystują je medycy i kosmetolodzy. Okazało się, że owoce pozwalają obniżyć poziom złego cholesterolu. Jedyny problem w tym, że jak na owoce granaty są wyjątkowo kaloryczne. Chemicy nie mają powodu, by się tym nadmiernie przejmować. Liści i drewna granatowca używają do garbowania skór, produkcji farb i barwienia jedwabiu.
Smak marzeń
Zaskakiwały mnie w najdalszych zakątkach świata. W upale zatykającym dech w piersiach pyszniły się na straganach w Indiach. Nieopatrznie potrącone toczyły się na jerozolimskim bruku, drogą znaczoną krwią i cierpieniem Jezusa. Chrześcijaństwo zaadaptowało granat. Wyobrażenie owocu wykute w złocie stało się symbolem władzy cesarzy i królów. Insygnium bożych pomazańców. Z jabłkiem granatu w dłoniach Izabela i Ferdynand – katoliccy władcy – wygnali Maurów z Granady. Miasta, które przybysze z północnej Afryki nazwali na cześć owocu sławionego w Koranie jako dar Boga. Do dziś obok kościołów z charakterystycznymi wieżami, z których niegdyś na modlitwę wzywał głos muezina, dojrzewają pąsowe owoce. Uwodzicielskiej siły dodały im „Baśnie z 1001 nocy”. Pestki granatu otoczone soczystą, graniastą otoczką przypominają zakazane przez wyznawców islamu winogrona ukryte w powłoce jabłka. Natomiast kształt pestek przywodzi na myśl ziarna kukurydzy odkrytej w Nowym Świecie przez Krzysztofa Kolumba. W tych symbolach i meandrach historii gubię się za każdym razem: w Azji, Ameryce Południowej czy Afryce, walcząc jak w dzieciństwie z twardą skórą i delikatnymi osłonkami pestek granatów. Kiedy spotykam je na egzotycznych bazarach, wspomnienie polskiej jesieni podsyca żar tropikalnego słońca. Granatowce jak niegdyś na łodziach Fenicjan z nowymi – europejskimi – zdobywcami świata dotarły do najdalszych zakątków całego globu. Bez opamiętania rodzą słodko-kwaśne owoce. Są strawą ludzi i zwierząt. Zaś pytania, które zadaję, wyłuskując pestki ukryte w smakowitym miąższu, pozostają bez odpowiedzi. Granatowce fascynują i kuszą kolejne pokolenia.salatka-kozi-ser-rukola-granat-zurawina-01
SAŁATKA Z RUKOLĄ i GRANATEM
2 szklanki rukoli
1/4 owocu granatu
200 g sera koziego w roladce
3 łyżki oliwy z oliwek
4 łyżki płatków migdałów
6 łyżek żurawiny ze słoiczka
2 łyżki octu balsamicznego
sól i pieprz (np. zmielony kolorowy)
Rukolę opłukać, osuszyć i ułożyć z boku talerza. Dodać wyłuskane* ziarenka granatu. Połowę żurawiny wymieszać z octem balsamicz- nym, rozsmarować na talerzu, to samo zrobić z resztą żurawiny.
Serek kozi pokroić na około 1,5 cm plasterki. Maczać w oliwie a następnie obłożyć z dwóch stron płatkami migdałów. Obsmażyć na patelni z dwóch stron na lekko złoty kolor, po około minucie z każdej strony.
Ser wyłożyć na talerze. Rukolę doprawić solą, pieprzem i opcjonalnie skropić oliwą.
WSKAZÓWKI
* jak wyłuskać ziarenka z granatu: najpierw przyciąć górną i dolną część owocu (grubą skórkę), następnie pokroić owoc na 4 ćwiartki (jak jabłko). Z takich cząstek ziarenka już łatwo jest wyłuskać.
MELASA Z GRANATU 
DO POLĘDWICZEK WIEPRZOWYCH
Niezwykle delikatne kawałki polędwiczek otoczone muślinowym sosem o wyraźnym smaku chrzanu – czyż to nie brzmi pysznie? Pewnie, że brzmi. A jak dodamy do tego jeszcze lekko owocowy aromat granatów i dekadencką słodycz brunatnej melasy? To czyż nie będzie jeszcze pyszniej? Będzie!
A jak to się dzieje, że mięso jest tak soczyste, ma smakowitą skórkę i jednocześnie rozpływa się w ustach? A dzieje się tak za sprawą podwójnego pieczenia – pierwszy raz w wysokiej temperaturze (pamiętaj, jeśli nie masz na prawdę nieprzywieralnej formy, wyłóż ją papierem do pieczenia, bo melasa lub miód się na 100% przypalą – ale właśnie tak ma być), a potem już w dużo niższej pod przykryciem sosu.
2 polędwiczki wieprzowe około 3/4 kg
4 łyżki syrop z granatów (Grenadine Molases)
sól
świeżo zmielony czarny pieprz:
1 szklanka (250 ml) słodkiej śmietanki
2 czubate łyżki startego chrzanu (najwyżej z dodatkiem tylko kwasku cytrynowego)
1 łyżka masła
1 płaska łyżka pszennej mąki
1 łyżka cukru
sól
świeżo zmielony czarny pieprz
do smarowania formy:
2 łyżki oleju
Umyte i dokładnie osuszone polędwiczki oprósz solą i grubo mielonym, czarnym pieprzem. Włóż do miski, dodaj melasę, obróć kilka razy, by się nią dokładnie pokryły (jeśli nie masz melasy, wymieszaj sok pomarańczowy z miodem i w nim zamarynuj mięso). Odstaw na godzinę lub dwie w temperaturze pokojowej.
Kiedy mięso się marynuje, przygotuj sos: na patelni rozpuść masło, dodaj mąkę i cały czas mieszając smaż przez minutę, aż mąka zacznie zmieniać kolor. Patelnię zdejmij z ognia, dodaj chrzan oraz śmietankę. Dopraw solą, cukrem i pieprzem. Dokładnie wymieszaj. Postaw ponownie na ogniu, doprowadź do wrzenia (nie zapominaj o mieszaniu, sos będzie szybko gęstnieć) i gotuj na średnim ogniu przez pół minuty. Zestaw z ognia – podczas stygnięcia sosu, zamieszaj go kilka razy, by nie utworzył się gruby kożuch 🙂
Rozgrzej piekarnik do 220 stopni. Polędwiczki włóż do wysmarowanej olejem formy do pieczenia (jeśli Twoja forma nie jest całkowicie nieprzywieralna, wyłóż ją wcześniej papierem do pieczenia, bo marynata trochę się przypali – ale tak ma właśnie być).
Mięso wstaw do piekarnika i zapiekaj przez 10-12 minut, aż ładnie się zrumieni. Wyjmij, odstaw na 10 minut do wystygnięcia, następnie pokrój na plastry o grubości 1 cm.
Plastry ułóż jedną warstwą w formie wysmarowanej odrobinę oleju. Wlej sos, ale nie rozprowadzaj go dokładnie po wszystkich plastrach.
Mięso z sosem wstaw do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i zapiekaj przez 15-20 minut, aż sos miejscami apetycznie się zrumieni.
Podawaj z pszennym pieczywem, ziemniakami piure lub z wody albo z makaronem czy kaszą gryczaną.

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.