Radżastan – Piękno w trzech kolorach

Wieczorem znowu zaczął padać śnieg, a rano na zewnątrz było -15 st C. Zima w tym roku trzyma się mocno. Takie klimaty podobają się chyba narciarzom i dzieciom. Na nartach nie jeżdżę, więc kolejne opady śniegu raczej mnie martwią niż cieszą, szczególnie, że do pracy codzinnie wyjeżdżam wcześnie.
Z mrozem jakoś sobie człowiek radzi, ciepła odzież wierzchnia, grube swetry, podkoszulki, ciepłe koce w domu, temperaturę da się oswoić. Jednak po dłuższym czasie, czyli tak mniej więcej po dwóch i pół miesiącach zima zaczyna męczyć, a człowiek zaczyna szukać ciepła w głowie, we wspomnieniach.
Na szczęście Justyna zostawiła dużo pięknych, kolorowych zdjęć, z którymi nie mogę się rozstać, bo bije z nich ciepło.
Pozwólcie więc, że dzisiaj zabiorę Was do najpiękniejszego, najbardziej kolorowego regionu Indii – Radżastanu. To będzie, przynajmniej na razie, ostatni przegląd zdjęć i wspomnień z tego regionu świata, ale uwierzcie mi, warto tam zajrzeć.
Radżastan to region wyjęty niemalże z “Baśni 1000 i jednej nocy”, przepiękne budowle, pałace maharadżów, kobiety w prześlicznych błyszczących strojach i mężczyźni w kolorowych, fantazyjne związanych turbanach.
Radżastan to przeludnione miasta i malownicze wioski, karawany wielbłądów, orientalna kuchnia i wibrująca muzyka, kolorowe kramy z biżuterią, materiałami, przyprawami i gościnnymi ludźmi, czasami, wręcz natrętnymi, ale Hindusi już tacy są. Indie, a w szczególności Radżastan to przede wszystkim zetknięcie z bajkowymi, intensywnymi barwami i zapachem – kadzideł, kwiatów i olejków, ale uwaga, w Indiach wszystko jest mocniejsze, zapachy również. Urzekający zapach olejków różanych jest tak wszechobecny, że Justynka po tej podróży przestała go lubieć, szczerze – nie cierpi różanego zapachu.
Radżastan położony jest w środkowo-zachodniej części Indii, to największy stan tego kraju, większy od Polski. Mieszka tam około piędziesięciu ośmiu milionów ludzi, którzy mówią aż w w siedmiu odrębnych dialektach. Według opini wielu podróżników to najpiękniejszy stan Indii z zapierajacymi dech w piersi pałacami maharadżów i wspaniałymi fortami, to te budowle nadają niebywały urok temu miejscu. Na terenie Radżastanu leży też pustynia Thar, której piasek rozsiewa się wszędzie, i której aura odbija się w pobliskich miastach.
Większość mieszkańców wywodzi się od Radżputów, plemienia wojowników kontrolujących tę część kraju przez ponad tysiąc lat.
Radżputowie nigdy nie utworzyli mocnego państwa, a jedynie silną organizację klanową. Zawsze natomiast odznaczali się walecznością i kierowali honorem – gdy nie byli w stanie obronić swoich siedzib-fortów, dokony- wali masowych samobójstw, aby tylko nie dostać się w ręce wroga. Ich kobiety wraz z dziećmi rzucały się w ogień całopalnych stosów. Zawsze gotowi do obrony swych ziem i religii.
W XVIII wieku, po upadku rządów Wielkich Mogołów, których zwierzchnictwo uznawali, na terenie Radżputany zaczęły odżywać silne państwa pod rządami ranów, radżów i maharadżów, jak tytułowali się miejscowi władcy. Wkrótce swoją władzę oparli na nich kolejni najeźdźcy – Brytyjczycy. Ci, pokazali nowe sposoby zdobywania pieniędzy, dzięki czemu maharadżowie zaczęli wieść wypełnione przyjemnościami, pełne zbytku życie. Odrębność Radżputany została jednak zlikwidowana w 1947 r., a w 1956 już jako Radżastan, ziemie te stały się częścią federacji indyjskiej.
W 1970 r. zniesiono tytuły i honoraria, które po odzyskaniu przez Indie niepodległości, przysługiwały maharadżom, w zamian za przejęcie przez państwo ich dóbr. Utraciwszy źródło dochodu, większość dawnych władców przemieniła swoje pałace w luksusowe hotele, gdzie za noc trzeba dziś zapłacić nawet kilka tysięcy dolarów.
Ze względu na ograniczony budżet dziewczyny nie zdecydowały się nigdy na nocleg w hotelu – pałacu, chociaż pałace zrobiły na nich ogromne wrażenie.
Oczywiście nie wszystkie posiadłości maharadżów zostały zamienione w hotele. Część z nich oddano w ręce zwykłych mieszkańców Indii, część – bardzo niewielka pozostaje ciągle w rękach „pierwszych” właścicieli, a część została udostępnonia zwiedzającym.
Dziewczyny w Pałacu Wiatrów (Hawa Mahal) – to główna atrakcja Jaipuru – czują się jak zagubione księżniczki. Właściciel pałacu miał kilka żon, każda piękna i wyjątkowa, niestety żadna z nich po poślubieniu maharadży nie mogła już opuścić pałacu. Panie nigdy się z sobą nie spotykały, nawet przez przypadek. Sieć labiryntów i przejść pozwalała władcy na swobodne przemieszczanie się z jednego małżeńskiego łoża do drugiego mając pewność, że Panie na korytarzu nigdy się nie spotkają. Nie wpadną na siebie przez przypadek, nie będą się kłócić, nie będą robić scen zazdrości.
Pałac to pięknie zdobiona złota klatka dla żon, niestety niemalże bez okien. Są przepiękne balkoniki, jest ich tu aż 953, przez które kobiety mogły spoglądać na świat. Za to w całym pałacu są sprytnie rozmieszczone lustra, które w magiczny sposób odbijają światło sprawiając, że w pomieszczeniach wszystko lśni.
Radżastan to również kraina trzech kolorowych miast – niebieski Dźodpur, różowy Dżajpur i biały Udajpur – pur, pur pur :).
Liczę na jakąś niebywałą opowieść o tych miastach, kolorach i aurze, ale Justynka mówi, że wszystko jest mocno przereklamowane, że może rzeczywiście Dźodpur jest niebieski, ale tylko jak się patrzy na miasto z pewnej perespektywy, bez zagłębiania się w szczegóły. Jeżeli chcę zobaczyć prawdziwe niebieskie miasto muszę sięgnąć do zdjęć z Maroka. W Szafszawan naprawdę wszystko jest niebieskie, a w Indiach, jak to w Indiach sprawa trochę przegadana.
Błękit tego miasta ma podwójne znaczenie – z jednej strony działa odstraszająco na moskity, a z drugiej jest tradycyjnym kolorem bramińskiej społeczności, która w większości zamieszkuje to miasto.
Bramani, to najwyższa kasta w Indiach, najbardziej oświeconych mężczyzn, którzy publicznie pokazują się jedynie w białych strojach.
Do Szafszawan na pewno w opowieściach jeszcze wrócimy, a teraz zaglądamy do kolejnego kolorowego miasta w Radżastanie.

 

Różowy Dżajpur, to stolica Radżastanu, to tu znajdziemy przepiękny pałac i fort, ale dlaczego miasto nazywane jest różowym? W Indiach kolory mają symboliczne znaczenie, a różowy jest kolorem godności. Kiedyś w związku z wizytą walijskiego księcia kazano pomalować kamienice na różowo, żeby pokazać się z jak najlepszej strony – i tak już zostało.

 

 

Pozostał nam jeszcze biały Udajpur – czyli miasto Bonda, gdzie w każdej restauracji podają ośmiorniczki.
Miasto położone jest nad sztucznym jeziorem, a na środku biały pałac i drogie hotele. Tyle jeżeli chodzi o zachwyt.
W 1983 roku w tym mieście właśnie nakręcono kultową część przygód James Bonda pt. Ośmiorniczka.
W mieście znajduje sie nawet „muzeum” klasycznych samochodów z Rolls Rollcem Phantom, którym agent poruszał się w filmie.
Może dzisiaj obejrzę ten film, żeby zobaczyć jak wygląda białe miasto w Indiach. Chcę już zamknąć ten album, popatrzeć na góry, ale Justynka opowiada jeszcze o pustyni. Na północnym zachodzie subkontynentu indyjskiego, pomiędzy dorzeczem Gangesu a granicą z Pakistanem, rozciąga się Thar, wielka pustynia Ziemi Władców – Radżastanu. Wędrówka na wielbłądach przez jej piaski to niezapomniane przeżycie i chyba teren, który Justynie podobał się w Indiach najbardziej. Bez namolnych rikszarzy, bez natrętnych sklepikarzy, sprzedawców przeróżnych cudów, bez wałęsających się wszędzie krów. Z pięknymi wielbłądami sunącymi powoli i majestatycznie przez piaski pustyni.
Spokój pustyni jest przepiękny – zachwyca się Justynka, można go porównać do spokoju jaki dają góry, choć to całkiem inne doświadczenie. Pustynne słońce oczarowuje dziewczyny. Siedząc na wydmach obserwują ziarenka piasku, które przemieszczają się bez przerwy, trwają w ciągłym ruchu. Ziarenko piasku jest początkiem pustyni, frunąc, potykając się o inne ziarenka, spadając i tocząc się pomału tworzy niedostrzegalne życie wydm. To prawie tak ja z czasem – jego ziarenka toczą się dzień po dniu, nie widać tego, a jednak czas mija.
Piach sieje także spustoszenie, zabija rośliny, niszczy ład nadając wszystkiemu nową formę. I jak mówią dziewczyny – błędne jest przekonanie, że czas się na pustyni zatrzymuje, że tam się nic nie dzieje. Z każdym podmuchem pustynnego wiatru, z każdą minutą, z każdym następnym tchnieniem słońca, zmienia się świat wokół.
Pomału dziewczyny zaczynają myśleć o powrocie do domu, ich podróż przez Indie trwała 6 tygodni, ale na koniec jeszcze jeden przystanek, jeszcze jedno miasto, jeszcze jedna świątynia – Amritsar. To właściwie nie jedna budowla, a kompkles światyń, najważniejsze miejsce kultu Sikhów, miejsce spokoju i refleksji. Dziewczyny mówią, że na pewno nie wyjdziesz stamtąd głodny, nawet nie mając ani jednej rupi w kieszeni. Przed wejściem do światyni dziesiątki wolonatriuszy codziennie smaży specjalne bułki, które rozdają przybywającym do świątyni pielgrzymom.
Świątynia leży na środku wielkiej sadzawki. Ponoć ta woda ma właściwości lecznicze, dlatego też pielgrzymi obmywają w niej rytualnie stopy i ciała.
Światynia naprawdę jest złota, tzn. pokryta złotem, na jej budowę zużyto ponoć tonę kruszcu.
Sikhów oczywiście znam – pełno ich w Brampton czy Mississaudze, są bardzo widoczą grupą społeczną, ze względu na ich tradycyjne turbany, pod którymi znajdują się nigdy nie ścinane przez mężczyzn włosy. Okazuje się, że są to w dużej mierze emigranci z Amritsar.
Sikhowie odrzucają kastowość, głoszą i realizują w życiu wolność wszystkich ludzi oraz wymóg prowadzenia uczciwego i pracowitego życia.
W drodze powrotnej nie obyło się bez przygód, bo zanim dziewczyny dotarły do lotniska w New Delhi, zmierzyły się z mgłą, beztroską Hindusów w podejściu do codzienności i dziesięciogodzinną jazdą samochodem, choć miał być samolot.

Indie są jak opium, wciągają nawet jeżeli się bardzo opierasz, dla każdego mają coś w swojej ofercie, szczególnie dla tych, którzy szukają ciszy i spokoju w jednym z najbardziej zaludnionych państw na świecie.

Agata Kusznirewicz
zdjęcia: Justyna Skawińska
https://justynaagata.blogspot.ca

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.